Archiwa tagu: PZLA

maraton – trudne lata 80 – dobre wyniki

tekst Jerzy Skarżyński:

Dębno 1980

Gdy w 1977 roku zaczynałem swoją wyczynową przygodę z bieganiem, maraton był dla mnie dystansem z innej bajki.. Startowałem przeważnie na dystansach średnich – od 800 m do 3 km (przeważnie na 1500 m), z rzadka tylko próbując swoich sił na piątkę. Pierwszą dyszkę na bieżni pobiegłem dopiero w trzecim roku treningów! Gdy w czerwcu 1979 roku na piątkę nabiegałem 14:25,7, założyłem że – za 2 tygodnie – w debiutanckiej dyszce powalczę o złamanie 30 minut. Zabrakło mi niewiele, bo uzyskałem 30:03,7. Nie byłem jednak załamany, gdyż w klubie mało kto wierzył, że wrócę do Szczecina (z Zabrza) z takim rekordem życiowym.

Maratończykami byli wtedy przeważnie tylko ci pasjonaci biegania, którzy nie mogli liczyć na sukcesy na miarę ambicji na dystansach stadionowych. W maratonie mogli realizować swoje marzenia, zwłaszcza że była to konkurencja owiana mitem „nadludzkiego wysiłku”. Ówczesną czołówkę stanowili przeważnie długodystansowcy nie mający szans na olimpijskie minima na bieżni – swoich szans szukali właśnie w maratonie. W Montrealu (1976) reprezentowali nas rekordzista Polski Jerzy Gros (2:13:05) i Kazimierz Orzeł. Gros był dobry, ale wyniki z bieżni były zbyt słabe, by marzyć o reprezentacyjnych szlifach. Za to Orzeł bezbłędnie trafił ze swoimi predyspozycjami. 10 000 m nie pobiegł nigdy poniżej 30 minut, co jest dla długasów ledwie barierą przyzwoitości, ale że miał sakramencką wytrzymałość, w maratonie nie miał sobie równych. Wywalczył w Dębnie dwa tytuły mistrzowskie (1976 i 1977), a jego wyniki 2:13:19 i 2:13:44 nawet dzisiaj – po czterdziestu latach – są niemal gwarancją miejsca na podium!

Pierwszy raz pojechałem do Dębna 27 kwietnia 1980 roku. Nie, nie biegałem – wspierałem trenującego często ze mną w Szczecinie, ale specjalizującego się w maratonie, Zbyszka Białego. Przy okazji stałem się świadkiem pasjonującego pojedynku o olimpijskie paszporty do Moskwy pomiędzy mistrzami Polski w maratonie Ryśkiem Marczakiem (1978) i Zbyszkiem Pierzynką (1979) oraz maratońskim debiutantem Andrzejem Sajkowskim. Ach, cóż to były za emocje! Po pasjonującym finiszu wygrał Pierzynka (2:13:30) przed Marczakiem (2:13:35), ale Sajkowski (2:13:38), który prowadził samotnie przez dużą część dystansu, został wyprzedzony zaledwie kilkaset metrów przed linią mety! Pierzynce drogę do igrzysk blokowali mocniejsi wtedy od niego na bieżni Kowol i Kopijasz, ale swoją szansę wykorzystał bezbłędnie w maratonie, ciesząc się wraz z dwoma pokonanymi przeciwnikami z olimpijskich nominacji. A ani Kowol, ani Kopijasz ostatecznie tego zaszczytu nie dostąpili. Zbyszek Biały też był zadowolony – poprawił swój rekord życiowy o 4 minuty na 2:25:37.

Po udanym dla maratończyków sezonie 1978 (50. wynik w Polsce 2:29:56) sezon 1980 był trochę lepszy. 50. w rankingu bydgoszczanin Ryszard Tomys miał 2:29:08. Ta mało jeszcze wtedy popularna konkurencja, nazywana przez wielu „konkurencją dla człapaków”, powoli wychodziła z cienia. Swoje „złote lata” święcić będzie w 8. dekadzie XX wieku.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za niecałe 4 miesiące i ja będę debiutował na królewskim dystansie. Zaplanował to mój ówczesny trener Jurek Adamski. I stało się – 14 września 1980 roku przy stadionie X-lecia, pośród ponad 2 tysięcy zapaleńców, stanąłem na starcie II Maratonu Pokoju, by zgodnie z jego wytycznymi „zaliczyć” ten bieg. „Spokojnie, bez szaleństw, wystarczy że nabiegasz 2:40” – uspokajał mnie tuż przed wystrzałem startera. Ruszyłem więc baaardzo spokojnie, dając się nieść tłumowi, a nie – jak to miałem w zwyczaju – pilnując czołówki. Tyle, że po 15 kilometrach tego nudnego dla mnie „truchtania” po 3:35-3:40/km nie wytrzymałem – postanowiłem… dogonić liderów, którzy mieli wtedy nade mną ok. 500 metrów przewagi. Po półmetku biegłem już razem z nimi. Czułem się mocny, gdyż miesiąc wcześniej nabiegałem na 10 000 m życiówkę 29:46,6. Gdy na 30 km zaatakował Jurek Gros, nie zawahałem się nawet przez chwilę – natychmiast poderwałem się razem z nim. Szybko zgubiliśmy trójkę kolegów. Wtedy samochodem podjechał do mnie trener i krzycząc kazał mi… zwolnić, poczekać na grupkę z tyłu. „Co ty wyprawiasz! – to Jurek Gros, olimpijczyk, rekordzista Polski. Nie dasz rady, zwolnij i biegnij z Ryśkiem (Całką – klubowym kolegą)”. Cóż ja debiutant mogłem zrobić – posłusznie zwolniłem. Ostatecznie Gros wygrał w 2:22:12, a ja byłem drugi z wynikiem 2:22:29, a Całka trzeci w 2:22:37. Co by było, gdybym nie posłuchał trenera? – nigdy się tego nie dowiem.

Warszawa, 14.09.1980 Od lewej: Rysiek Całka, Jerzy Skarżyński, Jerzy Gros, Janusz Wąsowski i Tadeusz Rutkowski na 25. kilometrze II Maratonu Pokoju

Ten bieg okazał się kamieniem milowym w mojej karierze, gdyż w 1981 roku wprowadzono system stypendialny i właśnie dzięki temu przypadkowemu startowi wypełniłem potrzebne kryteria – miałem wynik z poziomu I klasy sportowej. Zostałem… zawodowym biegaczem. Moja sportowa droga mogła prowadzić już tylko do Dębna, gdzie od lat rozgrywano mistrzostwa Polski w maratonie. Ale do tego startu musiałem się jeszcze solidnie przygotowywać. Mocno przebudowałem wtedy swoje plany przygotowań, by podołać wyczynowym wymaganiom maratończyka.

W 1981 roku wystartowałem w III Maratonie Pokoju, ale tylko po to, by zdobyć „otrzaskanie” w maratońskim peletonie. Założeniem było biec z czołówką tak długo, jak tylko dam radę, a potem spokojnie, bez wyrzutów do siebie, zejść z trasy, co nastąpiło po przebiegnięciu 25 km. To była cenna lekcja. Z nowymi doświadczeniami treningowymi i z nowym rekordem życiowym na dystansie 10 000 m (29:35,4) rozpocząłem przygotowania do sezonu 1982.

Ranking 1980 – 1
Ranking 1980-2

Dębno 1982

Był 25 kwietnia 1982 roku – zaledwie cztery miesiące od wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, ale i kartkowego systemu przydziału wielu produktów, w tym mięsa. „W czasach, kiedy na dorosłego człowieka przypada racja miesięczna dwóch i pół kilograma mięsa lub jego przetworów, bieganie maratonu uznać by można za lekkomyślność. Ponad 140 osób myśli jednak inaczej, bowiem tylu zawodników zjechało w tym roku do Dębna, aby walczyć o tytuł mistrza Polski. Organizatorzy byli tym mile zaskoczeni – bali się, że impreza, której patronują od siedemnastu lat, okaże się tym razem smutnym widowiskiem. Wiadomo przecież, że ludzie mają mnóstwo kłopotów, lękają się trudności komunikacyjnych i niechętnie oddalają się od domów” – pisał w „Lekkoatletyce” w swojej relacji w z biegu Jacek Żemantowski. Relacja miała jednak obiecujący tytuł „Maraton nadziei”. Bieg ukończyło 102 biegaczy, z których aż piętnastu złamało 2:20, zaś 34. na mecie, zielonogórzanin Józef Suszyński, uzyskał czas 2:29:22! I dzisiaj zrobiło by to duże wrażenie, prawda? Nadzieja, której iskra zapaliła się wtedy w sercu redaktora Żemantowskiego, nie okazała się na szczęście „matką głupich”. Ale po kolei…

Przyjechałem do Dębna z wiarą, że stać mnie na wynik klasy mistrzowskiej krajowej (2:18:00), który gwarantował przedłużenie stypendium. W ten sposób myślało też wielu moich kolegów, którzy dobre wyniki na długich dystansach chcieli zamienić na dobry wynik w maratonie, bo gwarantowało to nie tylko stypendium, ale i lukratywne zaproszenia z całego świata, które napływały do PZLA. Jako zodiakalny Koziorożec byłem jednak ostrożny – nie zamierzałem biec z faworytami walczącymi o medale, chciałem zacząć spokojniej – biec w drugiej grupie.

Tak jak przypuszczałem zaraz po starcie do przodu wysforowała się siódemka chętnych do medali. Nie dałem się sprowokować i konsekwentnie realizowałem swój plan taktyczny. Do 30. kilometra niemal cały czas przewodziłem kilkunastoosobowej grupie, która biegła w pełnym składzie prawie do 30. kilometra. Kolejne piątki pokonaliśmy w 16:04; 15:54; 16:32; 16:00; 15:37 i 16:23. Wtedy złapał mnie kryzys. Mówi się, że „maraton zacina się po trzydziestce” i u mnie właśnie wtedy coś się zacięło. Na tyle mocno, że chciałem… zejść z trasy. Na moje szczęście akurat w tym miejscu przy trasie stał mój kolega, który zaczął mnie „namawiać” do kontynuowania biegu. „Dasz radę, nie poddawaj się, kryzys minie!” krzyczał mi do ucha truchtając obok mnie. Pomogło! Odzyskałem wiarę, że jeszcze nie przegrałem. Piątkę pomiędzy 30. i 35. kilometrem pokonałem wprawdzie w ledwie 16:58, ale znów byłem w grze, doganiając nawet „moją” grupę. Po 35. kilometrze do ataku ruszyli Heniu Lupa i Rysiek Małecki. To oni (ale biegnący w „mojej” grupie najmłodszy z nas Jacek Konieczny) zrobili na redaktorze Żemantowskim niesamowite wrażenie, stając się w jego oczach nadzieją na lepsze jutro polskiego maratonu. Ja też przyśpieszyłem, ale oni wyraźnie mi uciekali, mimo faktu że kolejne 5 km pokonałem w 15:51.

Dębno, 27.04.1982 Jerzy Skarżyński (93) na prowadzeniu grupy pościgowej

Bieg wygrał Rysiek Kopijasz (2:14:49), przed Heniem Nogalą (2:15:00) i Józkiem Stefanowskim (2:15:02), ale czwarty Józek Mitka (2:15:09) ledwie się wybronił przed ostro finiszującym Lupą (2:15:11). Kolejne miejsca zajęli 6. Małecki (2:15:37), 7. Sajkowski (2:15:41) i 8. Misiewicz (2:15:54).

Ja dobiegłem ostatecznie na dziewiątym miejscu w czasie 2:16:29, co nie tylko przedłużyło moje stypendium, ale przede wszystkim zaowocowało powołaniem na wymarzony obóz kadry narodowej do Szklarskiej Poręby. Mogłem tam podpatrywać na treningach najlepszych polskich maratończyków. I dopiero wtedy wszystko się zaczęło.

Dębno, 27.04.1982 Jerzy Skarżyński (93)
Ranking 1982

Cdn…