Woltaire – nie ma nic słynniejszego niż obrona Malty

Do tego tekstu zainspirowało mnie ostatnie wydarzenie, jakim było zawalenie się ‘lazurowego okna’ (zdjęcie tytułowe) na wyspie Gozo sąsiadującej z Maltą. Zupełnie zwykła abrazja morska sprowokowała medialne tytuły – ‘runął symbol Malty’ ect.. Jednak symbolem tej wyspy nie był piękny twór skalny, ale jedno z najważniejszych wydarzeń XVI wieku dla Europy, o którym Woltaire napisał nie ma nic słynniejszego niż obrona Malty.

(krótki wstęp historyczny) Szczyt potęgi Turcji przypadał na połowę XVI w. Południowo-wschodnia Europa oraz północna Afryka były podporządkowane imperium osmańskiemu. Sulejman Wspaniały parł z niezwyciężona armią na zachód, a kolejnym jego celem był półwysep Apeniński, do którego chciał się dostać przez Sycylię. Sulejman kierując się w głąb Europy nie chciał mieć na swoich  tyłach rycerskiego Zakonu Św. Jana Jerozolimskiego, zwanego Rodyjskim (a później też Maltańskim), więc w 1565 r. za pierwszy cel obrał wyspę Maltę.  18 maja 1565 r., na wyspie wylądowało ok. 50 tysięcy doborowych jednostek armii osmańskiej, na których czekało 600 rycerzy maltańskich i 6 000 najemników + 2000 mieszkańców, którzy przygotowali obronę w znacznie skromniejszych fortyfikacjach, niż te, które możemy oglądać do dzisiaj na Malcie, a które powstały dopiero po tych wydarzeniach. Wielkie Oblężenie trwało 4 miesiące i zakończyło się odstąpieniem wojsk islamskich (11 września), co miało ogromne znaczenie dla losów Europy i  być może chrześcijaństwa.

Valetta fortyfikacje zbudowane przez Zakon Maltański po Wielkim Oblężeniu z 1565 r.
Valetta fortyfikacje zbudowane przez Zakon Maltański po Wielkim Oblężeniu z 1565 r – 2

Co to ma do naszej akcji i maratonu? Odwiedziłem Maltę w miesiącu lipcu, kiedy temperatura w ciągu dnia oscylowała w granicach 35stC, próbowałem nawet joggingować, ale wcześnie rano, bo było bardzo ciepło. Czytając książkę o Wielkim Oblężeniu dowiedziałem się, że niezwykłość tej bitwy wynikała z niespotykanego poświęcenia i bohaterstwa obrońców. Rycerze walczyli po 8 godzin dziennie z krótkimi przerwami, później również odpierali ataki nocne. Niektórzy, przez 2-3 miesiące, w upale, okryci stalą, toczyli walki wręcz, dzień w dzień. Często ranni, odmawiali zejścia z posterunków obrony. W zasadzie pod koniec, nie było pełnosprawnych wojowników, a wg. naszych kategorii wszyscy byli NIEPEŁNOSPRAWNI, nadający się do natychmiastowej hospitalizacji.  Wielki Mistrz Zakonu, charyzmatyczny Jean de la Valette, swoim bezpośrednim uczestnictwem był w stanie wykrzesać niezwykłe akty poświęcenia i heroizmu od wojska.

Dla europejskich rycerzy wstąpienie w szeregi Joannitów było najwyższym zaszczytem, rycerz maltański nigdy się nie cofał i walczył do samego końca. Doskonale uzbrojeni i wyszkoleni stanowili elitę, zagrażającą nawet największemu zdobywcy tamtych czasów – Sulejmanowi Wspaniałemu.

zbroja Wlk Mistrza z czasów Wielkiego Oblężenia – z muzeum na Malcie
różne uzbrojenia

2 kwietnia, nie ubierzemy się w stal, ale w sportowych strojach stoczymy honorowy bój ze słabościami własnego ciała :). Nasze 4-5 miesięczne przygotowania troszkę przypominały 🙂 oblężenie Malty, tylko nas atakował: leń, pokusy ciał, stołu, atrakcje nowoczesnego świata. Nie każdą potyczkę udało się wygrać, ale w końcu, lekko ranni, 🙂 docieramy na start w Dębnie. Gdy będziemy słabli, po 30-35 kilometrze, warto przywołać tamte chwile, nieustępliwą postawę obrońców tej słynnej bitwy, która przeszła do historii najważniejszych starć chrześcijańskiego i islamskiego świata XVI w.

PS – każdego tygodnia pojawiają się nowe osoby,  więc starzy czytelnicy – wybaczcie, że ponowię prośbę Fundacji o darowizny. Najważniejszy wynik tej akcji to wsparcie finansowe obozów dla niepełnosprawnych dzieci z najuboższych rodzin i każda wpłata bardzo się liczy.

Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”.
Nr rachunku bankowego: PKO BP S.A. 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512
z dopiskiem „darowizna Maraton 2017”

szczegóły znajdziecie tu:

Przekaż darowiznę

Tomek Tarnowski

44 maraton w Dębnie już za 4 dni – historia i prestiż

    Już w najbliższą niedzielę odbędzie się 44 edycja Dębno Maratonu! Po dwóch latach nieobecności do Dębna Lubuskiego wracają również mistrzostwa Polski kobiet. Czekają nas różne niespodzianki, między innymi start wybitnych przed laty lekkoatletów…..

w tym artykule znajdziecie informacje o historii i wyjątkowości maratonu w Dębnie, również trochę ciekawych statystyk. W tym roku pakiety startowe zostały wykupione w 1,5 dnia. Pierwsi rezerwowali miejsca o północy w Sylwestra -:)!!!

https://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=1&action=14&code=17406

…..Po 3 dekadach od ostatniego startu w maratonie, na linii stanie Jerzy Skarżyński! Trzykrotny medalista mistrzostw Polski w maratonie, autor wielu książek szkoleniowych o tematyce biegowej, człowiek związany swoją długoletnią karierą z Dębnem postanowił jeszcze raz zmierzyć się z królewskim dystansem! Na trasie zobaczymy również Przemka Miarczyńskiego, brązowego medalistę olimpijskiego w wind surfingu. Pobiegną również nasi eksportowi przed laty lekkoatleci – halowy mistrz świata w siedmioboju, Sebastian Chmara i mistrz Europy w biegu na 400m p.pł. Paweł Januszewski. Zadebiutuje również piękna i niezwykle rozbiegana aktorka, Karolina Gorczyca. Cała wymieniona powyżej piątka pobiegnie w szczytnym celu, wspierając akcję „Biegnę dla tych, którzy marzą by chodzić”.

[ foto tytułowe : Dębno 1986 r. ]

Kiedy wysiłek nie zna końca …

To zdjęcie zostało zrobione podczas ultramaratonu górskiego – Bieg 7 Dolin w Krynicy (100km i 4600m przewyższeń). Na przepaku (postoju), na 88 kilometrze ze zmęczenia nie widziałem na oczy a meta nadal była daleko. Tylko to jeszcze nic – przeczytaj aby zrozumieć.

Wszystko co nas otacza lubimy zmierzyć i porównywać. WYSIŁEK – można określać jako duży, ogromny, ponad moje siły, ewentualnie w drugą stronę – np. żaden. Podczas wspólnej kolacji, Jurek Skarżyński powiedział, że trudniejsze jest przebiegnięcie 1500m  w bardzo szybkim tempie, niż przebiegnięcie ultra maratonu – teza idealna dla zagajenia ożywionej dyskusji. Gdy rozmowę uzupełniliśmy o konkretne parametry czasowe, było oczywiście łatwiej. Ja uważam podobnie, mało kto (poza zawodnikami) chciałby szykować się przez pół roku i wystartować do biegu na 1,5km, w którym tempo jest ogromne od początku i  w pewnym momencie zaczyna się 60 sekundowa walka o to, by przetrwać do mety. Lawinowo narastające zmęczenie odcina tlen, wzmaga się uczucie duszenia i coraz silniejszy ból mięśniowy – ostatnie 20 sekund to istna tortura. Za metą – ‚pyk’ i wszystko się kończy. Gdy biegłem 100km po górach (B7D – w Krynicy) spotkałem na 90km zawodnika, który zapewne z odwodnienia miał już halucynacje, a jego zakrwawione buty dzielnie osłaniały obdarte z paznokci palce przed wylaniem się na zewnątrz. Facetowi zostało tylko (!) 10km do mety i tylko ta ‚bliska’ perspektywa powodowała, że pełzł dalej. Zmęczenie może mieć różne oblicza i nie sposób tego ze sobą porównywać, nawet stosując dosadne opisy.

Agnieszka Bal z tablicą, która jest jej głosem. Agnieszka 2 lata temu została Człowiekiem Bez Barier 2015 r. – [więcej w biogramie – zakładka START / [ foto źródło facebook Agnieszki ]
A co jeśli wysiłek nie zna końca?  Nasze zmagania mają oznaczoną metę, do której ciągniemy  siłą woli i chęcią zakończenia walki, ale niektórzy mety nie znają. Agnieszka Bal, czy Kamil Cierniak, wspierają naszą akcję swoimi przykładami ekstremalnie trudnego życia, także świetnymi tekstami do znalezienia na naszej stronie (lupa w prawym górnym rogu). W nawet najdrobniejszej czynność życiowej zależą od pomocy innej osoby. Jedzenie, ubieranie, mycie, wymaga ogromnego wysiłku i pomocy z zewnątrz. Agnieszka nawet w rozmowie potrzebuje wsparcia, gdyż osoba niedoświadczona wolno odczytuje literki, mozolnie składane w słowa, a wystukiwane łokciem na specjalnej tablicy. Tak jest od lat, albo inaczej – od zawsze! Każdego dnia, z nadzieją wyczekują poprawy i odmiany, nie mając możliwości, by chwilę odpocząć. Jedzenie, które dla nas czasem jest wielką przyjemnością, dla nich stanowi wyzwanie – trzeba przełknąć kęs. Niedoskonałość ciała zmusza ich do nieustannego wysiłku, dzień w dzień to samo. Pokonanie monotonii jest dodatkowym, gigantycznym wyzwaniem. Samodzielni są w myśleniu, bo z tym radzą sobie znakomicie, oboje studiują, i nie tylko na jednym kierunku. [ biogramy znajdziesz w zakładce START ]

Kamil Cierniak – choruje na zanik mięśni, jest studentem na dwóch uczelniach krakowskich

Zbliżamy się do końca naszej AKCJI, lekko dumni, że udało się wytrwać 5 miesięcy przygotowań, że zwalczyliśmy lenia, że … , korzystam z danych mojego komputera treningowego, więc pozwólcie, że posłużę po raz kolejny za przykład. Od listopada do końca marca, czyli przez 5 miesięcy:

– 1397 km biegu

– 68 791 kcal – tj. 352 pączki, albo 352 piwa (0,5l)

– 188 litrów potu

… ale co to znaczy w porównaniu z wysiłkiem osób niepełnosprawnych? NIEWIELE – to kolejny przymiotnik, który w tej relacji adekwatnie opisuje nasz wysiłek. A jednak wysiłek jest  i to spory, do tego ofiarowany dla osób kompletnie nieznanych, przez tak wybitne postacie jak Jurek Skarżyński, Karolina Gorczyca, Przemek Miarczyński, Paweł Januszewski, Sebastian Chmara, czy Andrzej Zwara. Wszyscy ponieśli wielki wysiłek przygotowań ofiarowując go dla osób niepełnosprawnych, wszyscy też liczą, że Kibice dostrzegają główny cel i kupują realny bilet na wirtualną widownię – serdecznie dziękujemy w imieniu tych, których wysiłek nie zna końca. Tomek


Wiem, że dołączyli nowi czytelnicy, więc znów proszę w imieniu Fundacji. 1 dniówka na integracyjnym obozie dla młodzieży niepełnosprawnej to ok. 42 zł, brzmi podobnie do dystansu maratonu. Stać Cię na pół dnia, a może cały tydzień ? OK – dołącz, tu są potrzebne dane.

Na ulotce papierowej napisałem –  OBYŚ NIGDY NIE MUSIAŁ OCZEKIWAĆ NASZEJ POMOCY. Tomek

Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”.
Nr rachunku bankowego: PKO BP S.A. 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512
z dopiskiem „darowizna Maraton 2017”

z zagranicy PL 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512

Dla darczyńców dodatkowe informacje: http://maraton.zakonmaltanski.pl/vip-na-start-konkurs/

 

Agnieszka Bal – doświadczenie wyjazdu z Zakonem Maltańskim, czyli różnice łączą.

Agnieszka Bal – ze nieodzowną tablicą – jej głosem. Agnieszka zdobyła tytuł CZŁOWIEKA BEZ BARIER 2015 r. Jest patronem honorowym tej akcji. Więcej inf. nt. Agnieszki znajdziesz w zakładce START . / fot. facebook AB /

Dla mnie przygoda z tymi podróżami zaczęła się podczas wakacji przed klasą maturalną,  czyli siedem lat temu.  Pamiętam, że bardzo nie chciałam jechać na Małą Maltą (międzynarodowe obozy Zakonu Maltańskiego – my zbieramy na te, organizowane od 12 lat w Polsce – przypis TomekT).  Wówczas miałam wiele pytań: czy dam radę dogadać się z obcymi osobami, czy będzie fajnie i ciekawie, czy dam radę przetrwać osiemnaście godzin w autobusie w podróży do Włoch…Po wielu rozmowach  w rodzinie, pojechałam. Pierwszą rzeczą,  która rzuciła mi się w oczy i zaskoczyła było takie podejście do każdego człowieka, że przestawało być ważne w jakim języku mówi i w jakim jest się stanie fizycznym. Wszyscy pomagali wszystkim i rozmawiali ze wszystkimi. Największe wrażenie zrobiły na mnie międzynarodowe Msze Święte, podczas których można było usłyszeć modlitwę w wielu językach. To doświadczenie dało mi realny obraz kościoła różnych narodów i języków. W następnym roku pojechałam znowu, tym razem Mała Malta była na Węgrzech.

Agnieszka Bal – na specjalnej tablicy łokciem składa litery w słowa – w ten sposób  porozumiewa się z otoczeniem. – Więcej inf. nt. Agnieszki znajdziesz w zakładce START. / fot. facebook AB /

Podczas obu wyjazdów mogłam porozmawiać nie tylko po polsku, ale i po angielsku z kilkoma osobami. Ostatnim moim wyjazdem z Zakonem Maltańskim  była ubiegłoroczna  pielgrzymka do Lourdes. Jakoś nie zdawałam sobie sprawy z zasad, które obowiązują podczas tego typu wyjazdu. Owszem powiedziano mi o nich wcześniej, ale nie „dotarły” do mnie. Najtrudniej było przez pierwsze dwa dni  myślałam o odłączeniu od grupy i powrocie do domu, ale  udało się opanować sytuację i zostałam. Na każdej pielgrzymce jest moment kryzysu. Doświadczyłam ogromnej życzliwości ze strony wielu osób. Codziennie do późna mogłam przebywać w grocie objawień i zawsze miałam z kim wracać. Opisałam te moje doświadczenia gdyż uważam , że Zakon Maltański jednoczy bardzo różnych ludzi, burzy mury, które sami stawiamy pomiędzy sobą. Dlatego … warto biec dla nich i dla nas. Dziękuję, Agnieszka.


Środki zebrane od darczyńców w tej AKCJI,  wykorzystamy na sfinansowanie uczestnictwa osób niepełnosprawnych z ubogich rodzin, w integracyjnych obozach Zakonu Maltańskiego organizowanych w Polsce. Od 2005 roku, w Opactwie Cystersów w Szczyrzycu (woj. małopolskie), fundacja maltańska organizuje takie integracyjne wakacje. Szacujemy, że 1 osobo-dniówka to  42zł, czyli – 1 zł za 1 km biegu w maratonie. Wspomóż ten cel -:)!

HONOROWY ZAKŁAD – im więcej wpłacimy, im szybciej pobiegną zawodnicy – tym większą kwotę wpłaci JERZY KOBYLIŃSKI, który przyjął honorowy zakład. Jeśli np. Fundacja zbierze 100 000 zł w darowiznach a cała drużyna pobiegnie o 10% lepiej od czasów referencyjnych – Jerzy przekaże 10 000 zł na nasz cel.  [ Chcesz wiedzieć więcej : http://maraton.zakonmaltanski.pl/pomoz/honorowy-zaklad/ ]

Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”.
Nr rachunku bankowego: PKO BP S.A. 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512
z dopiskiem „darowizna Maraton 2017”

z zagranicy PL 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512

 

Kamil Cierniak – dwie cechy, jedna postawa

Kamil w listopadzie pomógł nakręcić filmowy clip naszej akcji, w styczniu napisał tekst, teraz wraca z filozoficzną radą dla biegaczy … i nie tylko. Przesyłając tekst dodał:  ” przepraszam, że tak późno, ale miałem tylko i aż 20 egzaminów w sesji – prawdziwy maraton”. Aby dokładnie zrozumieć słowo ‚maraton’ – zobacz film z Kamilem – w 2giej części znajdziesz wypowiedzi znanych osób, które za 8 dni zmierzą się z 42km.


Dominikanin, o. Prof. Jan Kłoczowski w książce „Między samotnością a wspólnotą. Wstęp do filozofii religii” napisał o dwóch postawach ludzi wobec życia: libido dominandi oraz libido admirandi. Pierwsza cechuje osoby o tzw. roszczeniowym podejściu do ludzi, takim „wszystko mi się należy”, druga wręcz odwrotnie – jest relacją pokorną, wdzięczną, trochę jakby nic właściwie samo z siebie  od życia mi się nie należało (na rzecz tekstu trochę sprawę uprościłem, szczerze polecam zatem przeczytać pracę Ojca profesora). Większość z Was szybko pomyślała: pierwsza nie jest właściwa, druga – jak najbardziej. W tym miejscu mój wywód powinien się zatem zakończyć, bo kwestia jest prosta, ale jako student filozofii nie umiem sobie odmówić próby podzielenia włosa na czworo. Libido dominandi może być moim zdaniem nie tylko równie ważne i owocne jak libido admirandi, ale czasem nawet i bardziej. Sprawa nie jest więc prosta i jak pisał Sławomir Mrożek – „zależy jak leży”.

Pierwsza z relacji kojarzyć może się z pewnego rodzaju permanentnym „chciejstwem”, za którym nic głębszego nie idzie, a które prowadzić może często do frustracji. Oznaczać może również niewdzięczność i niedocenianie tego, co się ma, o ile się ma. W tym wydaniu nie jest to raczej postawa godna polecenia i większego respektu. Owa postawa „roszczeniowa” mimowolnie kojarzy mi się jednak, trochę niekonsekwentnie być może,  również z klasycznym już filmikiem z Internetu, w którym jeden z motywatorów, coachów żywiołowo przekonuje odbiorcę:”Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!”. Ten przekaz w swojej formie i treści w moim odczuciu jest nieco naiwny, zwracać ma jednak jak rozumiem uwagę na fakt, iż nic samo się nie osiągnie. Człowiek jest istotą działającą. Każdy inaczej i w różnej skali, ale niemal wszyscy mają, mamy jakieś możliwości, jakiś potencjał, mogący się ziścić.

W związku z tym niejednokrotnie denerwują mnie  rozpowszechniane hasła, slogany typu:”Przyjmuj wszystko z pokorą”, „Pogódź się z przeciwnościami losu” itp. itd. Tego typu rady, sentencyjki są niewątpliwie ważne i bardzo w swej treści wartościowe, wręcz nieodzowne w życiu. Ale. Równie dobrze, mam wrażenie, mogą służyć, jeśli źle się je zinterpretuje, jako przykrywka dla bierności, nieudolności, a może i nawet tworzenia,pewnego rodzaju resentymentu, o którym pisali już – choć w troszkę innym znaczeniu – filozofowie Friedrich Nietzsche i po pewnej modyfikacji Max Scheler.

Co z tym fantem zrobić? „Z tym największy jest ambaras, Żeby dwoje chciało na raz” – stwierdził kiedyś Tadeusz Boy-Żeleński. Nie chodzi mi tu jednak o swatanie Nietzschego z Schelerem, ale raczej o to, iż dwa opisywane libido  będą mieć najgłębszy, jak sądzę, sens dopiero jeśli będą występować jednocześnie.  Maraton, jak cały sport ma to do siebie, że uczy pokory wyzwalając jednak przy tym chęć dokonania czegoś, a nawet zdrowo pojętej dominacji. Może w pozytywny sposób podrażniać ambicję, która sama w sobie jest w mojej opinii objawem zdrowym i w świecie Ambicja i pokora doprowadziły, jak się wydaje, wielu sportowców do rekordów, naukowców do wielkich odkryć, ludzi do wielkich czynów – choć motywacje bywały też zapewne i inne, zróżnicowane.

Tak czy inaczej, to właśnie ambicji i pokory życzę Wszystkim na starcie i mecie 2 kwietnia, jak też przede wszystkim na Niech tak dobry, jak i słaby wynik będą przeżyte w pokorze, będąc tym samym nauką owocującą później w sporcie i poza nim! Kamil.


Budujemy wyjątkowe wydarzenie, dzielimy się prawdziwą opowieścią, mamy nadzieję, że inspirującą dla wielu z Was. W zamian prosimy o przekazanie darowizny, za którą już dziękujemy w imieniu tych, którzy marzą by chodzić
Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”.
Nr rachunku bankowego: PKO BP S.A. 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512
z dopiskiem „darowizna Maraton 2017”

z zagranicy PL 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512

Typujemy wyniki 7 zawodników w maratonie

Czas najwyższy przesłać Wasze zakłady -:). Sam próbowałem oszacować swój wynik i okazuje się, że na początku, w listopadzie  kierowałem się marzeniem, w styczniu zaliczyłem kilka mocnych treningów i marzenie przekształciło się w oczekiwanie, chwilę potem byłem przeziębiony i stan ducha zmienił się diametralnie. I tak to jest z każdym z nas. Po raz drugi zapytałem zawodników w jakim stanie zdrowia się znajdują i jak trenowali na początku marca.

Jurek Skarżyński  wlecze jakąś infekcję i nie realizował w pełni swojego planu. Z tego co widać sporo podróżuje zawodowo, był w Gdyni na półmaratonie (19.03), będzie w Poznaniu (25.03) – to z pewnością nie ułatwia.

Karolina Gorczyca tygodniowo pokonywała biegiem 35km, nie miała kontuzji a infekcje zimowe są już za nią. Tak pisze na 3 tygodnie przed maratonem:

Nie nastawiam się na wynik, raczej na cel, jaki przyświeca naszej akcji. Dobra zabawa i chęć niesienia pomocy. Dla tych, którzy szacują mój wynik bliżej 4h lojalnie uprzedzam, że lepiej uczynią, gdy będą szacować bliżej 4.30. Oczywiście powalczę na trasie, ale realnie oceniam swoje przygotowanie:)

Karolina Gorczyca – weekendowe długie wybiegania zaczynają sprawiać przyjemność

Przemek Miarczyński praktycznie cały marzec siedzi na Majorce z kadrą narodową w windsurfingu. Trenował wg. planu i tygodniowo pokonywał ok. 73km. Kiedy zaczął biegać po twardym podłożu pojawiły się problemy, gdyż jego nogi nie są przystosowane do tego rodzaju przeciążeń: łydy bolą i pierwsze kilometry to zawsze męka.
Na sprawdzianie (4.03) uzyskał na 10km 39:55 – pomiar GPS.

PONT na Majorce

Na warunki do przygotowań nie mogę narzekać chociaż, w niektóre dni czasowo ciężko się wyrobić. Drugą połowę lutego i teraz od 6 marca jestem w Hiszpanii gdzie dzięki dobrej pogodzie łatwiej jest zrobić trening. Do Polski wracam trzy dni przed Maratonem. Mam nadzieję, że obędzie się bez infekcji i uda się zrealizować plan na ostatnie dni przygotowań.  

Pawła Januszewskiego i Sebastiana Chmarę spotkaliśmy na konferencji prasowej PKO Banku Polskiego w Warszawie. Obaj lekkoatleci, w doskonałych humorach, zgodnie rozważali szybsze tempo niż te zakładane na początku projektu (4:30 i 4:33). Na treningach bez problemu pokonują 20km w ‘tlenie’, czyli spokojnym tempie konwersacyjnym, co pozwala przyjąć mocniejsze założenia. Brakuje im 30 kilometrowego wybiegania, a na to jest już za późno.

Sebastian Chmara – z humorem godnym Mistrza Świata

Andrzej Zwara, jak to mecenas, objął chyba tajemnicą adwokacką swoje przygotowania, więc wiele ponad to, co Karolina (żona) ujawnia, nie wiemy. Andrzej biega, ale jeszcze nie wybrał strefy czasowej i towarzyszy biegu -:). Jeśli Sebastian i Paweł dołączą do strefy czasowej 4:15 z Karoliną Gorczycą, to Andrzej ma 3 ważne powody, by biec z nimi :)).

Tomek Tarnowski – realizowałem duże obciążenia i na początku marca pokonywałem nawet 81km/ tydzień – co jest na granicy kontuzji (zapalenie ścięgien). Po infekcjach w lutym nie ma już śladu. Na sprawdzianie (4.03) uzyskałem na 10km 42:50 – pomiar GPS. Wojtek Ratkowski powiedział, że jest dobrze i trzeba biec odważnie, więc nastawiam się na złamanie bariery 3:30.

Czytając asekuracyjne informacje, sam miałbym problem postawić większe pieniądze na konkretny czas – tyle zmiennych … Ale! To zabawa, a darczyńcy nie ‘stawiają majątku życia’ jak Aleksy Iwanowicz w ‚Graczu’ Dostojewskiego. Przekazują darowiznę na Fundację i w ten sposób opłacają wakacyjny obóz niepełnosprawnej młodzieży z ubogich rodzin – satysfakcja gwarantowana.    Ustaliliśmy kwotę 42 zł za 1 typowanie i to odpowiada 1 dniówce jednej osoby na takim obozie. Jak to zrealizować? Proste – przekazujesz darowiznę,

Paul Cezanne „Gracze w karty” – najdroższy obraz, na rynku komercyjnym. W 2011 zapłacono za niego 250 mln USD. Eksperci podkreślają doskonale uchwycone emocje graczy.

Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”.
Nr rachunku bankowego: PKO BP S.A. 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512
z dopiskiem „darowizna Maraton 2017”.

i wysyłasz maila do Kasi k.tarnowska@agencjafm.com.pl z własnymi typami, (42 zł to jedno typowanie). Twoje dane pozostają do naszej wiadomości, przy nazwisku biegacza pojawi się tylko liczba typowań i zakres czasu jaki obstawiacie. Wszystko już widać na stronie (zakładka KONKURS) gdzie mamy ponad 400 zakładów!  Są i podpowiedzi ekspertów: Krzysztofa Łoniewskiego z radiowej „trójki”, Marcina Czapli ze Sklepu Biegacza i prof. Wojciecha Ratkowskiego -Mistrza Polski w maratonie.

Dzięki sponsorom nagród – Diverse, Ziaja oraz Sklep Biegacza = Biegowy możemy darczyńcom odwdzięczyć się fajnymi nagrodami. Karolina Gorczyca również zaproponowała od siebie specjalną nagrodę – zaproszenie do teatru -:).

To co widzisz to czasy (w) wzorcowe ustalone przez ekspertów na początku akcji, a także (d) czasy zadeklarowane przez samych uczestników. Niżej pokazujemy typowania wszystkich ekspertów.

Jurek Skarżyński (w) 3:15:00

3:13:00 – Krzysztof Łoniewski  – radiowa ‘trójka’

3:05:00 – Marcin Czapla Sklep Biegacza = Sklep Biegowy

3:04:00 – Wojtek Ratkowski Mistrz Polski w maratonie 84 r.

Karolina Gorczyca (d) 4:15:00

4:10:00 – Krzysztof Łoniewski  – radiowa ‘trójka’

4:00:00 – Marcin Czapla Sklep Biegacza = Sklep Biegowy

4:12:00 – Wojtek Ratkowski Mistrz Polski w maratonie 84 r.

Przemek Miarczyński (w) 3:15:00

3:20:00 – Krzysztof Łoniewski  – radiowa ‘trójka’

2:59:50 – Marcin Czapla Sklep Biegacza = Sklep Biegowy

3:15:00 – Wojtek Ratkowski Mistrz Polski w maratonie 84 r.

Paweł Januszewski (d) 4:33:00

4:33:00 – Krzysztof Łoniewski  – radiowa ‘trójka’

3:59:00 – Marcin Czapla Sklep Biegacza = Sklep Biegowy

4:15:00 – Wojtek Ratkowski Mistrz Polski w maratonie 84 r.

Sebastian Chmara (d) 4:30:00

4:35:00 – Krzysztof Łoniewski  – radiowa ‘trójka’

4:30:00 – Marcin Czapla Sklep Biegacza = Sklep Biegowy

4:20:00 – Wojtek Ratkowski Mistrz Polski w maratonie 84 r.

Andrzej Zwara (w) 4:15:00

4:15:00 – Krzysztof Łoniewski  – radiowa ‘trójka’

4:15:00 – Marcin Czapla Sklep Biegacza = Sklep Biegowy

4:12:00 – Wojtek Ratkowski Mistrz Polski w maratonie 84 r.

Tomasz Tarnowski (w) 3:30:00

3:27:00 – Krzysztof Łoniewski  – radiowa ‘trójka’

3:09:30 – Marcin Czapla Sklep Biegacza = Sklep Biegowy

3:15:00 – Wojtek Ratkowski Mistrz Polski w maratonie 84 r.

Wszystkie informacje znajdziecie w zakładce KONKURS … http://maraton.zakonmaltanski.pl/vip-na-start-konkurs/

Powodzenia w obstawianiu, ale pamiętajmy – główny wynik to ilość niepełnosprawnych osób jaką uda nam się wysłać na integracyjny obóz. Dziękuję w ich imieniu – Tomek 🙂

 

Dębno 87 – 88 i walka o igrzyska w Seulu

tekst: Jurek Skarżyński

Dębno 1987

Nie pamiętam dlaczego w sezonie 1987 mistrzostwa Polski zorganizowano tydzień przed  zaplanowanym na 12 kwietnia Pucharem Świata. Ta decyzja zamknęła bowiem możliwość walki o medale reprezentantom na tę imprezę, czyli – teoretycznie – najlepszym polskim maratończykom. Żeby wyszło śmiesznie/strasznie (niepotrzebne skreślić) do wylotu reprezentacji… nie doszło, gdyż PZLA za późno wystąpił o bilety i gdy byliśmy już w Warszawie okazało się, że nie ma żadnej opcji połączeń, by zdążyć na start. Zamiast więc lotu do egzotycznego Seulu wróciłem do Szczecina, by w niedzielę rano pojechać do Dębna przyglądać się rywalizacji kolegów, którzy nie załapali się do reprezentacji. Moja forma rosła i miała eksplodować w Korei, ale start tydzień wcześniej nie wchodził w rachubę, gdyż aż do piątku trenowałem z myślą o starcie w następną niedzielę. Cóż, gdyby Dębno zaplanowano tydzień po Seulu, taki manewr byłby możliwy.

Organizatorzy wyznaczyli nową trasę, gdyż ocenili, że „mijanki” na tej wcześniejszej (pięć 8-kilometrowych rund „tam i z powrotem”) czasami przeszkadzały czołówce. Było tak w sytuacjach, gdy ci wolniejsi na łukach trasy nie chcieli „oddać” miejsca przy samym krawężniku, więc czołówka musiała ich omijać szeroko, nadkładając trochę dystansu. Do tego aż pięć pętli powodowało, że na trasie znajdowało się wielu biegaczy zdublowanych, którzy zwłaszcza na ostatniej pętli także przeszkadzali czołówce. Teraz biegacze mieli do pokonania trzy 14-kilometrowe pętle prowadzące z Dębna przez Cychry i Dargomyśl, które gwarantowały bezkolizyjny bieg każdemu.

Było chłodno, poniżej 10 stopni, więc było super, ale… padał deszcz, który przy tej temperaturze wręcz mroził mięśnie. Chłodno, ale bez deszczu, albo deszczyk, ale temperatura ok. 15 stopni – to sprzyja uzyskiwaniu rekordowych czasów, ale w  tych warunkach nie było o tym mowy. Po zaciętej walce bieg wygrał Czech Martin Vrabel (2:14:15), który na ostatnim kilometrze uciekł Bogusiowi Kusiowi (2:14:22). Nagrodą dla zwycięzcy był wtedy (bodajże) maluch, więc Kuś był baaardzo niepocieszony, czego nie poprawił fakt, że wywalczył tytuł mistrza Polski. Wszak miał ich już cały worek z innych konkurencji. Tyle, że był to pierwszy (i ostatni) w maratonie. Srebrny medal zdobył Heniu Lupa (2:14:37), zaś brązowy Mirek Dzienisik (2:15:10). Tuż za podium znalazł się Wojtek Ratkowski (2:15:39), który w końcówce musiał odpierać atak innego gdańszczanina – Stasia Lange (2:15:41).

ranking 1987

Dębno 1988

Nominacja na Los Angeles, którą wywalczyłem 4 lata wcześniej, okazała się kartą bez pokrycia. W wyniku bojkotu igrzysk przez kraje socjalistyczne zamiast do Miasta Aniołów polecieliśmy bowiem na Zawody Przyjaźni do Moskwy. Mistrzostwa Polski w Dębnie miały być najważniejszą próbą walki o minima olimpijskie do igrzysk w Seulu. Polska nie byłaby jednak Polską, gdyby przed sezonem wszystko było jednoznacznie sprecyzowane. Zawsze musiał być (i chyba ciągle jest) margines na działania przy „zielonym stoliku”. Tym razem jedna osoba tak „mieszała”, że… nikt z polskich maratończyków nie poleciał na igrzyska, chociaż (przynajmniej) jeden z nas miał to minimum! Do dzisiaj gotuję się, gdy to wspominam. Pewnie Wiktor Sawicki też.

O co chodziło? Trener Wiesław Kiryk opiekował się Bogusławem Psujkiem, który wiosną 1987 roku znakomicie pobiegł w Londynie, bijąc rekord Polski czasem 2:10:26. Do tego jesienią był siódmy w Nowym Jorku. To był kandydat z szansami na dobry wynik w Seulu – za rok. Tyle, że wyniki z sezonu 1987 nie mogły mu dać nominacji olimpijskiej. Psujek musiał potwierdzić swoją klasę dobrym biegiem w 1988 roku. Pod koniec kwietnia zaplanowany był udział polskiej reprezentacji w Pucharze Europy i ustalono, że bez względu na osiągnięty czas miejsce w szóstce podczas tej imprezy – co wydawało się łatwym zadaniem – przypieczętuje jego nominację. Wszystko jasne. Ze startu w mistrzostwach Polski został więc zwolniony.

Bieg w Dębnie odbył się 27 marca. Przed startem usłyszałem od trenera Wójcika, że minimum na Seul wynosi 2:13:00. Na igrzyska poleci Psujek i pierwsza dwójka z Dębna – o ile złamie 2:13:00 – tłumaczył. Pogoda znów – jak dwa i cztery lata wcześniej – okazała się łaskawa, więc wierzyłem, że to minimum wypełnię. Do pomocy na pierwsze 20 km dostaliśmy Ryśka Marczaka i Wieśka Dubiela.

Dębno 1988_1 – [ arch JS]
Kolejne piątki pokonywaliśmy jak zaprogramowane automaty: 15:31; 15:30; 15:31, a ostatnią (z ich pomocą) w 15:55 (20 km w 1:02:27). Gdy zeszli z trasy nikt nie miał jednak ochoty na prowadzenie. Uważam, że pacemakerzy powinni prowadzić przynajmniej 25 km, a najlepiej aż 30. Wtedy ma to sens, gdyż zejście już po 20 km lub po połówce grozi przepychankami, kto dalej będzie to ciągnął.  Zwykle nie ma chętnych i tempo spada. Bałem się jednak, że minimum olimpijskie nam (mi!) ucieknie, więc chcąc-nie chcąc wyszedłem na prowadzenie. Chyba przesadziłem, gdyż tę piątkę pokonaliśmy w 14:55, ale w czołówce biegło ciągle aż 6 osób. Wszyscy odczuliśmy to przyśpieszenie, więc tempo spadło – następne 5 km pokonaliśmy dużo wolniej –  w zaledwie 16:09 (30 km w 1:33:31). Ta wolniejsza piątka pozwoliła mi trochę odpocząć, by rozpocząć ostateczny atak. Wszak maraton zaczyna się po trzydziestce – mówią! Gdy wybiegaliśmy z Dębna na ostatnią pętlę ostro przyśpieszyłem. Przytrzymał mnie tylko Wiktor Sawicki, ale i on szybko zrezygnował. Prowadziłem samotnie stopniowo powiększając przewagę nad nim. Czułem się znakomicie, więc już wtedy… „witałem się z gąską”, widząc się na najwyższym stopniu podium. To było jednak zbyt piękne, by mogło się udać, bo nagle zacząłem odczuwać narastające napięcie w mięśniu dwugłowym prawego uda. Znałem to już z kilku wcześniejszych maratonów, więc wiedziałem, że zaraz złapią mnie skurcze. Biegłem tupiąc nogą o szosę, starając się to napięcie „rozproszyć”, ale stan „przedskurczowy” nie mijał. Musiałem zwolnić. Gdy Wiktor mnie dogonił był lekko zdziwiony moim zachowaniem. Spytał, co się dzieje. „Dla mnie jest już po biegu, bo zaraz będę miał skurcze” – odpowiedziałem zrezygnowany. Ale że skurcze nie następowały, przez jakiś czas biegliśmy razem. Odcinek 30-35 km pokonaliśmy w 15:53. Stan napięcia w mięśniu na szczęście „jakoś” minął, więc postanowiłem… ponownie zaatakować Przyśpieszyłem na zbiegu przed skrętem w Dargomyślu. Wiktor ku mojemu zaskoczeniu nie próbował walczyć, więc znów dość szybko powiększałem przewagę nad nim. Gdy wybiegaliśmy z Dargomyśla miał ok. 50 metrów straty! To dużo, więc znów „witałem się z gąską”. Wszak do mety zostały już „tylko” 4 km. „Za 13 minut będę mistrzem Polski” – myślałem.

Dębno 1988_2 [arch JS]
I wtedy stało się coś dla mnie niezrozumiałego. Zacząłem odczuwać piekący ból prawej stopy. Baaardzo piekący. Każdy krok stał się walką z bólem przeszywającym całe moje ciało. Wiktor szybko mnie dogonił, a potem – dokładnie na linii 40. kilometra (2:05:30 – piątka wyszła w 16:06) – natychmiast wyprzedził. Tym razem nie spytał, co się dzieje – he, he. Końcówkę pokonywałem „na ostatnich nogach”, walcząc z tym bólem. Bałem się, że inni rywale zaczną mnie teraz wyprzedzać „jak furmankę” i nawet na podium nie stanę. Na moje szczęście oni mieli swoje problemy. Wiktor wygrał w 2:12:26, a mi złapano 2:12:56, czyli poniżej sakramentalnych 2:13! Na linii mety wpadłem w objęcia naszej kadrowej lekarki, dr Małgorzaty Puchały, która wiedziała już o moim problemie. Zaprowadziła mnie do namiotu sanitarnego.

Dębno 1988_3

Relacja z maratonu w „Sportowcu” miała znamienny tytuł „Krwawa stopa”. Maciej Biega pisał: „Jerzy Skarżyński z Budowlanych Szczecin górne partie zabezpieczył w Dębnie według wszelkich reguł sztuki. Z prawą stopą było o wiele gorzej. W kilka minut po zakończeniu biegu, pod polowym namiotem, gdzie rozstawiono składane łóżka, trudno było znaleźć jednego z bohaterów wyścigu. Skarżyński owinięty szczelnie w koce, z głową przysuniętą do brezentowej ściany chciał jakby wtopić się w prymitywne legowisko. (…) Na widok publiczny wystawione były tylko jego stopy. Jedna krwawa, odarta do żywego mięsa. Nad nią uwijały się panienki z obsługi sanitarnej lejąc na przemian wodę utlenioną i spirytus do użytku zewnętrznego. Dopiero w parę minut później, gdy ranę zakrył bandaż wynurzyła się spod kurtyny odosobnienia głowa biegacza”. Jak to się stało? Myślę, że tupiąc nogą w szosę spowodowałem zsunięcie się skarpety, która podwinęła się w bucie, a potem… zrobiła, co zrobiła. To jest maraton – tu nie ma taryfy ulgowej na najmniejszy błąd, jeśli to moje tupanie można w ogóle nazwać błędem! Wszak uratowało mnie przed skurczami.

Z minimum olimpijskiego nie cieszyłem się zbyt długo. Jeszcze przed dekoracją dowiedziałem się, że minimum wynosiło jednak nie 2:13:00, ale 2:12:40, więc tylko Wiktor je osiągnął. Niby tylko 20 sekund różnicy, a diametralnie zmieniało moją pozycję w grze o Seul. Napisałem grze, a nie rywalizacji, bo właśnie w tym momencie rozpoczęła się niezrozumiała wtedy dla mnie gra. Dostałem propozycję nie do odrzucenia – „zaproponowano” mi start za 5 tygodni w Pucharze Europy. Pięć tygodni po tak dla mnie wyczerpującym biegu było jak rzucenie mnie na pożarcie, Cóż, nie miałem wyboru, jeśli marzyłem o Seulu. A ciągle marzyłem.

Dębno 1988_4  [ arch JS]
Gra o Seul

Scenariusz wydawał się następujący: Wiktor miał minimum, więc na Puchar Europy nie poleciał, Psujek będzie w szóstce, mi powtórny atak na minimum olimpijskie nie ma prawa się udać, więc Sawicki z Psujkiem polecą do Seulu, a ja znów zostanę w domu. Gra okazała się jednak bardziej skomplikowana. Bo Psujek w Belgii… zawiódł. To ja okazałem się najlepszym Polakiem! Zająłem 11. miejsce z nadspodziewanie dobrym – jak na ponowny start po 5 tygodniach – czasem 2:14:52. I to mimo zatrzymania się na 30. kilometrze z powodu „swoich” skurczów, przez co straciłem do biegnącego wtedy ze mną Tadzia Ławickiego ok. 300 metrów! Psujek przeliczył się z siłami i doczłapał do mety w czasie 2:20:31. Przegrał i ze mną, i z Tadziem Ławickim (13. m. – 2:15:13), i z Misiewiczem (20. m. – 2:17:03). By być szóstym w Pucharze trzeba było nabiegać 2:13:17, ale to okazały się wtedy dla niego za wysokie progi.

Puchar Europy

Opcja porażki Psujka nie była brana pod uwagę. I jak w tej sytuacji dać mu nominację olimpijską? W tym momencie do gry włączył się jego trener. Miał w PZLA mocną pozycję, więc wymyślano scenariusze, jak go do Seulu wysłać. Potrzebny był konkretny wynik, bo „na gębę” nominacji nie dają. I wymyślono. Mi, Psujkowi, ale też Sawickiemu, który przecież miał minimum z Dębna (!), zaserwowano w Brzeszczach „eliminacje olimpijskie maratończyków” na dystansie 30 km! Każdy z naszej trójki miał otrzymać nominację, jeśli pokona ten dystans poniżej 1:33:30, ale gdyby nikt tego wyniku nie osiągnął, wtedy do Seulu poleci zwycięzca tego (dla wielu dziwnego) biegu. Wprawdzie 1:33:30 na 30 km uzyskuje się jako międzyczas w maratonie (w Dębnie miałem 1:33:31), ale to był gorący sierpień, a w takich warunkach biega się duuużo wolniej.

Te „eliminacje” oczywiście „ustawione” były pod Psujka. Szans na złamanie 1:33:30 praktycznie nie było, ale to Psujek był zdecydowanym faworytem do zwycięstwa. Wystartujemy – Psujek nas ogra i będzie miał „papier” na igrzyska – tak to wymyślono.

Przebieg naszej rywalizacji okazał się jednak godny hoolywodzkiego scenariusza – dla każdego coś miłego, bo miał w sobie i coś z horroru, i coś z dramatu, i coś z komedii. Psujek zaczął nam uciekać po 10 km. Sawicki zły, że musiał brać udział w tej szopce, zszedł z trasy na 15 km. Paranoja – jako jedyny miał minimum i… Seul odleciał w tym momencie w kosmos!

Na trasie zostałem już tylko ja i Psujek. Na 20 km miałem do niego 24 sekundy straty. Chciałem już zejść z trasy, ale otrzymałem informację, że Psujek ma kłopoty, że słabnie. To mnie nakręciło – postanowiłem jeszcze walczyć. I faktycznie – widziałem, że powoli zbliżam się do niego. Dogoniłem go na ok. 2 km przed linią mety. Oczywiście natychmiast zaatakowałem, ale na pewno był na ten atak przygotowany, więc nie udało mi się go urwać. Zwolniłem. Ponowny atak podjąłem na ok. 700 m przed metą – znów się nie powiódł. Pozostał atak finiszowy. Poderwałem się z 200 metrów. Gdy wpadałem na metę czułem, że (minimalnie) wygrałem. Czucie czuciem, ale ustawiona na linii mety fotokomórka mogła to rozstrzygnąć.

BrzeszczeBieg ukończyliśmy w czasie 1:34:38. Sędziowie uznali, że… obaj wygraliśmy. Mimo fotokomórki nie wyłoniono zwycięzcy! Dziwne, bo nawet w biegach sprinterskich dzięki fotokomórce rzadko nie udaje się ustalić, kto wygrał. Wtedy jednak z tego wyniku się ucieszyłem, bo przedstawiciel PZLA oznajmił, że obu nas zgłoszą jako kandydatów do startu w maratonie olimpijskim. We dwójkę będzie nam raźniej w Seulu – myślałem. Tymczasem Polski Komitet Olimpijski uznał naszą rywalizację za ukartowaną już przed startem. Ocenili, że… umówiliśmy się, by razem wpaść na metę. I żadnego z nas nie wysłał do Seulu! PZLA się od tej decyzji odwołał, ale PKOl pozostał nieugięty. Drugie igrzyska mi uciekły.

Walczyłem potem o wgląd w zapis fotokomórki, ale nigdy mi go nie udostępniono. Myślę, że wygrałem (o centymetr-dwa) i dlatego trener Kiryk użył swoich wpływów, by uznano wynik naszej rywalizacji jako ex aequo. Gdyby to Psujek wygrał o centymetr-dwa, byłby samodzielnym zwycięzcą, a ja z tym samym czasem byłbym drugi. I to on jako jedyny polski maratończyk poleciałby do Seulu, razem z trenerem Kirykiem, oczywiście. Myślę tak, gdyż trener Kiryk dwukrotnie zasłynął „załatwianiem” swoim podopiecznym tytułów mistrza Polski. Oba „wywalczył” przy zielonym stoliku… jako zwycięzcom ex aequo właśnie, gdy w ocenie świadków rywalizacji przegrali. Dziwne, prawda? W Brzeszczach trener Kiryk załatwił kolejne zwycięstwo ex aequo Psujkowi, i tym samym załatwił… całą naszą trójkę. Ale mi najbardziej żal było Sawickiego…

ranking 1988_1cz
ranking 1988_2cz

 

 

szybki konkurs nr 4

Tym razem pytanie brzmi tak: ILE MARATONÓW PRZEBIEGŁ W SWOJEJ KARIERZE WOJTEK RATKOWSKI, Mistrz Polski z 1984 r, [ rekord życiowy 2:12:49] ?   Odpowiedź znajduje się na naszej stronie i nie jest za bardzo ukryta -:) powodzenia. Odpowiedzi przysyłajcie mailowo na adres Kasi: k.tarnowska@agencjafm.com.pl  rozwiązanie opublikujemy już w niedzielę, po g. 18:00.  [ODPOWIEDŹ UMIESZCZAMY NA KOŃCU ]

Tydzień temu zapytałem Wojtka, na czym polega trudność z come-backiem Jurka Skarżyńskiego na trasę maratonu? Powiedział mniej więcej tak – każdy z nas może przebiec 42km, ale my nie umiemy tylko „przebiec”. Mamy zakodowane, że do tego dystansu trzeba się bardzo solidnie przygotować, 4-5 miesięcy harówki, która zabiera czas, koncentrację, wysysa siły. Przykładowo – przed wyjściem na ‚tysiączki’ (trening polegający na pokonaniu np. 10x 1km w bardzo szybkim tempie ok. 90% HRmax; pomiędzy odcinkami, 4 minutowy odpoczynek w truchcie) pojawia się zwykły strach przed bólem. No i w końcu bieg na 42km – nikt nie oczekuje, że Jurek „przebiegnie” maraton, chcą by się ścigał – on też”.

Nagrodami są zestawy kosmetyków Ziaja oraz voucher na nocleg ze śniadaniem dla 2ch osób w jednym z Hoteli sieci Heritage Hotels. http://heritagehotels.pl/pl/znajdz-hotel.html   Rozdamy je 3 osobom, które udzielą prawidłowej odpowiedzi. Pierwsza osoba ma prawo wyboru nagrody.

W głównym konkursie mamy nowe zgłoszenia, które dopisujemy przy każdym z nazwisk biegaczy (zobacz zakładka KONKURS) – tam również widać typowania ekspertów, przedział czasu w jakim typują darczyńcy oraz ilość zakładów – a  ta rośnie [ aktualnie mamy 386 zakładów – licznik widać na głównej stronie, po lewej], za co bardzo, bardzo dziękujemy.  Darowizna w wysokości 42 zł – czyli 1 zł za każdy km – jest przepustką do jednego typowania czasu VIPa. Jednocześnie ta wpłata odpowiada mniej więcej dniówce 1 osoby na obozie dla niepełnosprawnych dzieci z ubogich rodzin – wielkie dzięki! Oczywiście można przekazywać same darowizny i nie typować wyniku i część osób tak robi…

Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”.
Nr rachunku bankowego: PKO BP S.A. 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512
z dopiskiem „darowizna Maraton 2017”

Wypełniając PIT przekaż 1%  KRS 0000174988

Tomek


ODPOWIEDŹ:

Wojtek przebiegł 33 maratony w swojej karierze. Z osobami, które wygrały nagrody skontaktujemy się mailowo. Dziękujemy za wspólną zabawę i przypominamy o głównym konkursie – czyli typowaniu czasów 7 zawodników – zakładka KONKURS. -:) Tomek

Motywacje

Pierwszą akcję sportowo – charytatywną w 2014 zacząłem realizować w kompletnej nieświadomości na co się porywam. Podejmując decyzję o debiucie w triathlonie, na pełnym dystansie IronMana, mając tylko 10 tyg. na przygotowania i pożyczoną, 20letnią kolarzówkę  -:), nie zdawałem sobie sprawy jak to będzie wyglądało – i dobrze, inaczej bym tego nie zaczynał. Nie wiem co było większą motywacją – chęć zdobycia pieniędzy na 5 respiratorów, czy strach przed konsekwencjami podjętego wyzwania, które szybko mnie przytłoczyło.

Tomek przygotowania do Ironmana (2014) – wspólne ćwiczenia ‚core’ z synem Jankiem – to motywuje!

Sporą trudnością było relacjonowanie na blogu bieżących przygotowań. Nie wiedziałem co dla czytelnika jest ciekawe a co nie, poza tym krępowałem się, bo historia była o mnie, a zrobienie zdjęcia podczas ćwiczeń wydawało mi się niepotrzebnym ekshibicjonizmem. Ktoś mi coś wytłumaczył i nabrałem odwagi, zmieniłem strategię komunikowania, dość powiedzieć, że podczas „Ironman za respiratory” oraz w kolejnej akcji „Pomoc za ultramarton” udało się zebrać blisko 300 000 zł na potrzeby Fundacji.

Andrzej Zwara i Tomek Tarnowski – bieg Rzeźnika (2015) – Bieszczady 78km 3300m przewyższeń, We dwójkę trudno się skoordynować, ale łatwiej zmotywować.

Od kilku miesięcy znowu jestem na biegowej ścieżce  i znowu przy klawiaturze kompa. Próbuję połączyć emocje jakie towarzyszą come-backowi Jurka, wysiłkowi zaproszonych do projektu znanych osób, z emocjami czytelników. Wiem, że przegrywam z falą zachwytu, jaką osiąga np. zdjęcie śpiącego kotka na kanapie wrzucone na fejsa – wiem, że jest to nierówna walka. Wiem, że duża publika lubi bardzo prosty przekaz i szybki rezultat, a ja snuję historię przez 5 miesięcy.

Obecność znanych osób, które zdecydowały się biec 42km mocno nakręca. Postawiliśmy sobie 3 cele – edukacyjny, motywacyjny i cel główny – fundrisingowy – czyli zebranie jak największej ilości pieniędzy. Wierzymy, że gdzieś na wirtualnej trybunie kibice kupili dobroczynny „bilet”.  Część już tak :), i to pozwala nam myśleć, że jesteśmy na dobrej ścieżce, ale … nie u celu. Minęły 4 miesiące i mogę dodatkowo napisać, że wiem o kilku osobach, które zmotywowały się, ktoś zawalczył z papierosami, inny z grami komputerowymi … o wielu nigdy się nie dowiem.

Budzisz się każdego dnia z myślą – od dzisiaj zaczynam, mija dzień i powtarzasz to samo przebudzenie, miej wówczas świadomość, że nasza akcja istnieje w przestrzeni i możesz po nią sięgnąć, jak po poręcz motywacyjną. Nie chodzi o Maraton, bardziej widzę te 5 miesięcy walki z samym sobą, by dotrzeć na linię startu, cokolwiek  dla ciebie oznacza ta linia .

Zanim zakończę, przypomnę prośbę Fundacji o darowizny, wesprzyj dowolną kwotą, jeśli chcesz weź udział w konkursie, będzie to  dużą motywacją dla naszych biegaczy.

Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”.
Nr rachunku bankowego: PKO BP S.A. 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512
z dopiskiem „darowizna Maraton 2017”

Jeśli wypełniasz teraz PIT, to z pełnym zaufaniem wpisz w rubrykę 1% ten numer – KRS 0000174988Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”. Jeśli jesteś nowa/y na tej stronie polecam tekst http://maraton.zakonmaltanski.pl/dylematy-pomagania-i-picasso/

Myślę jeszcze o tym jak Cię zmotywować do najtrudniejszej walki ze swoim ‚ja’ . Te słowa przydają się gdy ścieżka życia zaczyna stromo wspinać się  do góry.

Theodore Roosvelt 1910 r. Francja

Chwała należy się temu, kto staje w szranki, a twarz jego splamiona jest pyłem, potem i krwią. Temu, kto odważnie stawia czoło; kto gubi się i popełnia błędy, choćby po wielokroć – nie ma bowiem przedsięwzięć bez błędów i błądzenia. Temu, kto stara się sprostać wyzwaniom, kto wie, czym jest wielka pasja i wielkie poświęcenie, kto oddaje się słusznej sprawie, kto w chwilach swych najlepszych triumfuje, zaś w najgorszych – nawet jeśli ponosi klęskę, to dając z siebie wszystko. Takim ludziom nigdy nie po drodze z nieczułymi, bojaźliwymi duszami, które nie zaznały ani smaku zwycięstwa, ani goryczy porażki.  

kiedy ścieżka życia zacznie stromo piąć się do góry

Tomek

[zdjęcie tytułowe Tomek po zakończeniu Ironmana (2014) w Malborku – „krio” w rzece Nogat ]

poprzednie AKCJE

2014 r. –  to historia 48-letniego członka Związku Polskich Kawalerów Maltańskich, który zorganizował honorowy zakład i po 10 tyg. przygotowań, jako absolutny debiutant w triathlonie, zdołał ukończyć pełny dystans IronMana [3,9 km wpław, 180 km rowerem i 42 km biegiem] w czasie 12 godzin 23min. Przez okres przygotowań normalnie pracował i prowadził akcję, charytatywną; wystartował na pożyczonym rowerze. [Respiratory dla szpitala zostały zakupione]

2015 r. – 52-letni wzięty prawnik i (wówczas) prezes Adwokatury Polskiej – mec Andrzej Zwara, podejmuje wyzwanie i przygotowuje się do ultramaratonu górskiego Rzeźnik  (78 km dł. i 3300 m przewyższeń), mając zaledwie jednorazowe doświadczenie w ulicznym półmaratonie (21km) – i… kompletny brak czasu! Kończy bieg (bez żadnych ułatwień w postaci kijków) blisko 50 min przed limitem.  Cele dobroczynne również zostały osiągnięte.

 

Maraton Profesora – FILM

Gdyby Wojtek Ratkowski i Jurek Skarżyński, (także ich koledzy), urodzili się 30 lat później, maratoński świat wynagradzałby ich inaczej – zdecydowanie inaczej. Po zakończeniu kariery Jurek został trenerem, jest popularyzatorem biegania, guru i ekspertem a dla kolejnych pokoleń maratończyków. Wojtek skupił się na na nauce – jest profesorem na Gdańskiej AWF, lubi różne, nie zawsze proste wyzwania. Przygotowywał  Marka Kamińskiego do wypraw na bieguny polarne, jest dobrym duchem Programu Zakon Maltańskie Ekstremalnie, który bezpiecznie zrealizował projekty charytatywno – sportowe:  „Ironman za respiratory” (2014) oraz „Pomoc za ultramaraton” (2015). Teraz również jest z nami.

Wojtek – BARDZO DZIĘKUJEMY w imieniu tych, którzy marzą by chodzić.

Tomek


Jeśli jesteś na tej stronie po raz pierwszy to wiedz, że tworzymy wyjątkowe wydarzenie, dzielimy się prawdziwą opowieścią, inspirującą dla wielu. W zamian prosimy o przekazanie darowizny, dla tych, którzy marzą by chodzić
Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”.
Nr rachunku bankowego: PKO BP S.A. 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512
z dopiskiem „darowizna Maraton 2017”